Skórzane rękodzieło prosto z warsztatu na czterech kołach

Który przemierza iberyjskie ziemie

Maroko za kulisami – nasza pierwsza wizyta w kraju miętą i haszem płynącym

26/02/2021 18:35

Afryka, Maroko, podróże, podróżowanie

Nasza marokańska przygoda okazała się zupełnie czymś innym, niż się spodziewaliśmy. Generalnie planowaliśmy dłuższą podróż na Kubę, ale z pewnych powodów osobistych ten pomysł nie wypalił i w ostatniej chwili zdecydowaliśmy się na Maroko, głównie z powodu bardzo tanich lotów. Jak przywitał nas kraj miętowej herbaty, taniego haszu i niesamowitych tażinów? Dzisiejszy wpis jest pełen „prywaty”. O miejscach, które odwiedziliśmy czyli o Marrakeszu, Chefchaouen i Tangerze oraz o tym, jak przygotować typowy, marokański tażin, przeczytasz w kolejnych odcinkach.

Ostatnio opisywałam Wam moją jednodniową wycieczkę po Bilbao. Z Kraju Basków ruszyłam na wschód i od tygodnia podbijam francuską Nową Akwitanię, ale ponieważ jestem tutaj z powodu pracy, a nie jedynie dla przyjemności, nie za bardzo mam możliwość zobaczyć cokolwiek. Szczególnie dlatego, że wylądowałam w hotelu na końcu świata. Poza tym we Francji od godziny 18:00 do 6:00 nie można się przemieszczać i należy siedzieć w domu, więc codziennie 12 godzin spędzam ćwicząc jogę, medytując, oglądając filmy i czytając książki. Staram się trochę uporządkować sprawy, które zaniedbałam i zaplanować naszą szaloną wyprawę, którą realizować zamierzamy pod koniec tego roku. O owej wyprawie jeszcze usłyszcie nie raz, tymczasem zabiorę Was w podróż do Maroko, w którym mieliśmy szczęście być w grudniu roku 2019, a o którym od dawna mieliśmy napisać ale jakoś… nigdy nie było czasu.

Już od dawna wizyta w Północnej Afryce chodziła nam po głowie, aż tu nagle pojawiły się bilety na samolot dosłownie za grosze – w dwie strony z Sewilli do Marrakeszu zapłaciliśmy za dwie osoby, uwaga uwaga – 20 EUR! Takiej okazji nie można było przegapić i chociaż zazwyczaj lubimy zabierać się w drogę naszym domkiem na czterech kolach, tym razem postanowiliśmy zrobić rozeznanie samolotem. Polecieliśmy raczej nieprzygotowani, nie planowaliśmy konkretnych atrakcji, nie kupowaliśmy żadnych biletów oprócz tych na samolot, ani nie rezerwowaliśmy noclegów. Zainwestowaliśmy jedynie w sprzęt elektroniczny i tym sposobem w końcu kupiliśmy sobie przenośny panel słoneczny (AUKEY PB-P25 21W, 2 porty USB 5V 4A; spojler – jeszcze go ani razu nie użyliśmy!), kilka kabli i co najważniejsze nowy power bank (AUKEY 20000mAh, 4 wyjścia, 3 wejścia; wyjście 3 A można ładować USB-C i 3 urządzenia USB-A jednocześnie + micro USB). Nasz poprzedni pamięta jeszcze brudne, śląskie powietrze a jak wiecie 5 lat jeśli chodzi o technologię to jak dekada (lub więcej) w każdej innej dziedzinie. Sam power bank polecamy serdecznie, pełny pozwala nam naładować dwa razy dwa telefony.

COUCHSURFING

Jak wspomniałam nie przygotowywaliśmy się w żaden szczególny sposób do tej wyprawy, jedynie przed samym wylotem skontaktowaliśmy się z kilkoma osobami przez couchsurfing. Trafiliśmy w ten sposób na Badera, który wydawał się naprawdę miły i obiecywał złote góry, a właściwie to co zazwyczaj oferują osoby przez couchsurfing (wówczas była to platforma 100% darmowa).

Mieliśmy się u niego zatrzymać, ale dopiero po kilku dniach, bo wcześniej miał innych gości. Na początek zarezerwował nam pokój w centrum Medyny w Marrakeszu (20 € / noc). Mieliśmy pojechać razem, jego samochodem, na południe i zatrzymać się u jego rodziny, która mieszka przy samej pustyni, koło granicy z Algierią, w miejscowości Tangroute. Może było to z naszej strony naiwne ale pomyśleliśmy, że na pewno fajnie byłoby poznać w ten sposób lokalne zwyczaje, nauczyć się gotować prawdziwy tażin i przygotowywać słynną marokańską herbatę miętową pod rozgwieżdżonym niebem Sahary, więc zaufaliśmy mu i nie szukaliśmy dalej nikogo na couchsurfingu (co, jak się później okazało, było błędem).

Korzystaliśmy już wcześniej z couchsurfingu i byliśmy całkowicie pewni, że jest to strona internetowa, na której ludzie oferują nocleg, zwiedzanie czy swoje towarzystwo ZA DARMO. Jak bardzo się pomyliliśmy…! Wylądowaliśmy w Marrakeszu gdzie odebrał nas kierowca naszego gospodarza. Okazało się, że jego dom znajdował się dosłownie dwie minuty drogi od lotniska. Na miejscu przywitał nas oczywiście Bader, ubrany w tradycyjny strój i turban. Sprawiał naprawdę miłe wrażenie, przygotował dla nas tażin i tradycyjną miętową herbatę, udzielił przydatnych rad, jak przeżyć w Marrakeszu i zaczął opowiadać o naszej wycieczce na pustynię. Niestety nie było to to, czego oczekiwaliśmy. Na co dzień żyjemy bardzo ekonomicznie, mieszkamy w vanie i wydajemy mniej w miesiąc niż wydalibyśmy na trzydniowy wypad na pustynie, który nam zaproponował. Czy wam również wydaje się, że 550 € to trochę za dużo? Szczególnie jeśli mówimy o czymś znalezionym przecież na couchsurfingu…

Po obiedzie kierowca zabrał nas do hostelu – nic szczególnego ale była łazienka w pokoju i czysta pościel. Marrakesz okazał się głośny, brudny i po prostu przytłaczający, więc około 1:00 już spaliśmy. Następnego dnia wróciliśmy do naszego „prawie” couchsurfingowego gospodarza, aby zobaczyć, jak gotuje się słynny marokański tażin (przepisem podzielimy się wkrótce). To było dla nas bardzo miłe doświadczenie i Bader również sprawiał dobre wrażenie, przyjaznego i sympatycznego gościa ale niestety za bardzo próbował nam coś sprzedać.

Wierzę, że prywatna, 3-dniowa wycieczka z przewodnikiem na Saharę, podczas której masz szansę zobaczyć lokalne życie, zwyczaje, tradycje, zostać z prawdziwą berberyjską rodziną – jest warta 550€, ale niestety my nie w taki sposób planowaliśmy zwiedzać Maroko. Chcieliśmy, jak zawsze gdy korzystaliśmy wcześniej z couchsurifngu, przekimać u kogoś na kanapie, zrzucić się na zakupy i benzynę, razem pozwiedzać, pogotować czy wyjść na piwo. Okazało się, że w Maroko wygląda to trochę inaczej. Na ichniejszym couchsurfingu ogłaszało się wiele osób, które próbowały na „bogatych turystach” z zachodu coś zarobić, o czym przekonaliśmy się później (chociaż trafiliśmy też na kilka fajnych osób). Bardzo zależało nam na tym, żeby jak więcej w Maroko zobaczyć, dlatego zaczęliśmy rozważać inne opcje, takie jak wynajęcie samochodu.

WYNAJĘCIE SAMOCHODU

Ryanair wysłał nam e-mail z ofertą niedrogiego samochodu za jedyne 45 € na tydzień. Nasz „gospodarz” powiedział, że jeśli wynajmiemy auto, możemy spotkać się z nim w jego rodzinnym mieście Tangroute i stamtąd zorganizować kilka niesamowitych dni na pustyni za jedyne 200 € (co wydawało się dla nas trochę lepszą opcją). Niestety, kiedy w końcu kupiliśmy kartę SIM w Orange i mogliśmy skorzystać z internetu, przeczytaliśmy, że oprócz 45€ trzeba zostawić kaucję w wysokości 1200€. Spacer po WSZYSTKICH wypożyczalniach na lotnisku upewnił nas, że wcale nie jest tak łatwo wypożyczyć samochód w Maroko. Przynajmniej nie na lotnisku. Oczywiście istnieją setki firm „noname” oferujących samochody za nawet mniej niż te 45 € (głównie w okolicach Medyny) z bardzo niskim depozytem lub bez niego, z papierami lub bez, z ubezpieczeniem lub bez itp. ale trochę baliśmy się zaryzykować. Potem spotkaliśmy osoby, które wynajęły samochód za naprawdę śmieszne pieniądze, bez umowy i były bardzo zadowolone. Decyzja należy do Was, dla to chyba jednak zbyt ryzykowane zagranie.

Kiedy pomysł wypożyczenia samochodu umarł, oboje przeszliśmy delikatne załamanie nerwowe. Czuliśmy się trochę oszukani, rozczarowani i zagubieni. Z powodu całego tego gówna, przez które przechodziliśmy przez ostatnie miesiące, myślę, że naprawdę mieliśmy nadzieję na miłe, bezstresowe wakacje – prawdziwy restart i piękne wejście w nowy rok. JJ już polował na bilety powrotne do domu a ja czytałam tysiące artykułów, żeby gdzieś znaleźć inspirację. Zdecydowaliśmy, że chwilowo zapominamy o wycieczce na Saharę, wypiliśmy za dużo kaw, poszliśmy na dworzec kolejowy gdzie kupiliśmy mapę, usiedliśmy w McDonald’s z mapą na stole i zaczęliśmy „myśleć”.

MARRAKESZ

Całe szczęście znalazłam jeszcze kilka osób na couchsurfingu, z którymi spotkaliśmy się następnego dnia (noc spędziliśmy w tym samym hostelu). Nie wszyscy pochodzili z Maroko, więc jako turyści wymieniliśmy swoje spostrzeżenia i doświadczenia, przeszliśmy centrum Marrakeszu wzdłuż i wszerz i w końcu poczuliśmy, że ucieka z nas ciśnienie nagromadzone przez ostatnie miesiące. Litry miętowej herbaty i soków ze świeżych owoców, lokalny street food, zaklinacze węży, zapach przypraw, różnokolorowe stroje, tysiące ludzi, muzyka na żywo dochodząca z każdej części placu Dżamaa al-Fina (Djemaa-el-Fna), fakirzy i połykacze ognia – to wszystko powoli nas wchłonęło i daliśmy się ponieść. 

Poznaliśmy jednego naprawdę ciekawego człowieka, który opowiedział nam o tym jak ciężko w Maroko być ateistą (przypominamy, że oficjalnie w Maroko 99,9% ludności wyznaje islam) i zabrał nas na bardzo smaczną kolację, za którą zapłaciliśmy za 3 osoby około 4,5€ z napojami włącznie. 

To on zachęcił nas do wyjazdu na północ i zabrał nas do jednego z niewielu miejsc, gdzie lokalsi piją piwo. Na koniec dnia zaprowadził nas na dworzec autobusowy i wsadził do odpowiedniego autobusu, którym całą noc jechaliśmy do Fes, a później kolejnym autobusem do Chefchaouen. Jeśli chcesz poczytać o niebieskim mieście, nie zapomnij nas śledzić, żeby nie przegapić artykułu z kolejnego etapu naszej krótkiej wyprawy do Maroko.

Copyright © 2019 ArteCaravana. All rights reserved. Designed by ArteCaravana