Skórzane rękodzieło prosto z warsztatu na czterech kołach

Który przemierza iberyjskie ziemie

Mój los się odmieni. Jak odnalazłam siebie na drugim końcu świata.

10/01/2022 20:19

#lifestyle, Ameryka Południowa, duchowość, Peru, podróże, podróżowanie, szamanizm

Od kilku dni leżę w w łóżku i walczę z chorobą. Może dla wielu to nienajlepszy sposób na przywitanie nowego roku, ale dla mnie to kolejny etap oczyszczenia, które trwa już właściwie od miesiąca. Może ten, naprawdę ciężki dla mnie, czas wykorzystam by chyba po razy pierwszy podzielić się tu z Wami bardzo osobistym tekstem? Tym razem opowiem Wam nie o muzeach, górskich szlakach czy hiszpańskich tradycjach. Tym razem opowiem o podróży wgłąb siebie.

Podróż do Peru okazała się czymś zupełnie innym niż się spodziewałam. Wszystko zaczęło się od psychodelicznej podróży z kaktusem San Pedro. O samej ceremonii i o tym jak działa meskalina obiecuję opowiedzieć innym razem, bo teraz to akurat nieistotne. Jedyne co powinniście widzieć, szczególnie jeśli nie macie doświadczenia ze środkami psychodelicznymi lub ogranicza się ono jedynie do rekreacyjnego, a nie „duchowego” spożycia, to że najważniejsza jest intencja. I to, że nigdy nie nauczycie się tego czego byście chcieli, bo to „substancja”zdecyduje jakiej lekcji wam udzielić. Choć może słowo „substancja” brzmi tutaj zbyt laboratoryjnie, a powinno spirytualnie…. nieodpowiednia nomenklatura, ale nie wiem czym zastąpić ten termin.

Ja od lat jestem (a może mogłabym już użyć słowa „byłam”?) zagubiona. Zachodnia cywilizacja i narzucane przez nią wartości oraz zasady odbierały mi po kawałku duszę. Nikt nie uczył mnie nigdy rzeczy ważnych, wszystko co do ten pory znałam było powierzchowne, na pokaz, zgodnie ze współczesnymi trendami. Gdzieś zagubiło się moje prawdziwe ja, właściwie nigdy chyba nie miałam z nim kontaktu, chociaż wydawało mi się przez całe moje życie, że jednak go mam.

Moja głowa od lat spuchnięta jest od natłoku myśli atakujących mnie w każdej sekundzie jak tysiące szpilek. Ponoć to dlatego, że jestem zbyt inteligentna, mój umysł nigdy nie przestaje pracować. Choć właściwie żaden umysł nigdy nie przestaje, prawda? Do okiełznania jego chaosu służy medytacja, której powoli się uczę i od razu podzielę się z Wami jednym bardzo ważnym wnioskiem – słowo „medytacja” jest obecnie wysoce nadużywane. To, że ktoś od tygodnia ćwiczy jogę nie oznacza, że medytuje. W ogóle, faktyczne osiągniecie stanu medytacji jest wybitnie skomplikowane i niewielu udaje się ten efekt osiągnąć. Ale dążenie do tego jest wystarczającym ćwiczeniem dla większości i przyniesie ukojenie wielu niespokojnym umysłom. Samo ćwiczenie medytacji i ciągła praktyka to coś niesamowitego, a ja dopiero teraz, bardzo powoli, wręcz karlimi krokami, staram się tego nauczyć. Jednak nie medytacja jest głównym tematem tego artykułu. To tylko wątek poboczny, który bardzo chciałam wtrącić i powiedzieć Wam szczerze, jako niechciane dziecko końca XX wieku, że warto poszukać w niej ukojenia dla swojego niespokojnego umysłu.

Tysiące myśli na sekundę, miliony pomysłów, niekończące się wręcz możliwości na każdym kroku. Martwienie się na zapas, myślenie o przyszłości, nieustanne planowanie, analizowanie wyborów, nawet tych jedynie wysoce potencjalnych. Tak wyglądała każda sekunda mojego życia. Ciężko wyjaśnić to komukolwiek, kto sam tego nigdy nie przeżywał. Jeśli jednak ten akapit brzmi dla Ciebie znajomo to zachęcam do dalszej lektury, bo – spoiler alert – można się z tego wyleczyć!

Tak jak już wspomniałam wcześniej, podróż do Peru okazała się czymś zupełnie innym niż się spodziewałam. Choć rozpoczęłam ją w Limie, to Święta Dolina Inków przyciągnęła mnie do siebie w bliżej nieokreślony sposób i to właśnie tutaj jestem od ponad 1,5 miesiąca. To miejsce emanuje magią i każdemu życzę by miał kiedyś okazję ją poczuć. Nawet największym sceptykom.

Wracamy do intencji – przed i w trakcie mojej podróży z San Pedro (andyjski kaktus używany w ceremoniach uzdrawiania) powtarzałam sobie w głowie, że jedyne czego najmocniej pragnę w życiu to odnaleźć siebie i swoją drogę. Po 12 godzinach poza czasem i przestrzenią, następnego poranka, obudziłam się pełna niepokoju z nieodzownym natłokiem myśli nękającym mój umysł. Zdecydowałam się iść w góry.

Jeszcze wtedy nie wiedziałam jak ogromne znaczenie w kulturze andyjskiej mają apu (można w skrócie powiedzieć, że duchy gór to najważniejsi bogowie oprócz pachamamy czyli matki ziemi – oni jednak nigdy nie wybaczają). I to właśnie Wachuma (kaktus San Pedro nazywa się tak w języku w quechua) i wola apu pozwolili mi rozpocząć moją wewnętrzna przemianę. Zresztą na pewno miałeś już kiedyś okazję tego doświadczyć, tego niesamowitego uczucia, które towarzyszy każdemu kto chodzi po górach. Wówczas umysł się wycisza. Wówczas odnajdujemy spokój. To w górach uczymy się pokory. Moje 110 km, które przeszłam pieszo po Wschodniej Kordylierze Andów, miało swój finisz w Machu Picchu. Energia tego miejsca po prostu ugina kolana. Ale to rozmowa z szamanką, okazała się kluczowym etapem mojego uzdrowienia.

Dzień przed wigilia zawitała do mnie szamanka. Tutaj muszę wtrącić coś bardzo ważnego – słowo „szaman” jest również niesłychanie nadużywane w dzisiejszych czasach. W Świętej Dolinie Inków, szczególnie w Pisac, które pełne jest turystów, hipisów i narkomanów, co druga osoba mająca choć częściowo peruwiańskie, a najlepiej to andyjskiej, rysy twarzy, nazywa siebie samego szamanem. A takim prawdziwym szamanem trzeba się urodzić. Ja cały czas liczę, że uda mi się pojechać do Q’eros. To właśnie tam spotkasz ostatnich prawdziwych, prawie czystej krwi potomków Inków. To tam rodzą się nie tylko Paco Runa (odpowiednik uzdrowiciela czy szamana) ale również kapłani Pampa Misayoc czy Alto Misayoc, który musi zostać wybrany przez naturę czyli pocałowany przez piorun. Moja szamanka była, uproszczając, średniej klasy – między narkoszamanamj z Pisac a ostatnimi Inkami z Q’eros.

Spotkanie rozpoczęło się od czytania przyszłości z liści koki. Pierwszy rzut jest ogólny, potem zadajemy pytania. Zaskoczyła mnie bo znała wiele szczegółów z mojego życia, których nie miała prawa znać. Samo czytanie było trudnym doświadczeniem bo jej odpowiedzi na niektóre moje pytania, były nie do końca takie jakie bym chciała. Poza tym większość była dość nieprecyzyjna, ale przecież nie oczekiwałam niczego więcej. Poza tym przyszłość może się zmienić. Podobno mamy przed sobą cel, ale drogę do niego możemy wybrać sami.

Najgłębszym doświadczeniem była jednak kąpiel otwierająca nowe ścieżki i zmieniająca energię („abrecaminos”). Szamanka przygotowała wcześniej mieszankę ziół i przywiozła ją ze sobą by mnie w niej wykąpać. Tutaj również kluczowa była intencja. Ona odmawiała swoje modły a ja w duchu powtarzałam, według jej wskazówek, że mój los się odmieni. I to właśnie po tej kąpieli załamało się moje ciało. Przez pięć dni wymiotowałam i walczyłam z biegunką by nagle, szóstego dnia, obudzić się… innym człowiekiem. Moja głowa była spokojna. Wszystko tak jakby się wyciszyło. Od razu następnego dnia poszłam znów w góry by poprosić apu o to by moje intencje w nowym roku się spełniły. Wejście na szczyt zajęło mi 6 godzin, a ponieważ moje ciało było nadal wycieńczone po szamańskich rytuałach, było to nie lada wyzwaniem pokonać 1100m różnicy wysokości i wspiąć się na 4000m n.p.m. Ale udało się i było to jakby zwieńczeniem mojej oczyszczającej drogi. To właśnie tam, na szczycie, poczułam się wolna. Metaforycznie wolna od bagażu mojej przeszłości.

Mogłabym napisać, że pewien etap mojej podróży i mojego oczyszczania właśnie się zakończył, ale jednocześnie otworzył on przede mną bezmiar możliwości. Moja podróż trwa, ale mogę szczerze napisać, że moja perspektywa się zmieniła. Moja praca nad sobą zyskała zupełnie inny wymiar.

Copyright © 2019 ArteCaravana. All rights reserved. Designed by ArteCaravana